Dobro i zło

Co cie definiuje? Zazwyczaj pytania rodzą się w sercu co do tego, kiedy rozważamy by zaplanować dobro lub korzystamy z naszej zdolności do zła. Widzę siebie z tą zdolnością. W przeszłości często pozostawiałem odpowiedź na to co jest najlepsze religijnej moralności. I dlatego zawiodłem siebie i innych. Doświadczenie nauczyło mnie że jeśli szukasz najlepszej odpowiedzi musisz zdać sobie sprawę że nie będzie ona pochodzić z czegoś narzuconego na twoją wole myśli i działań. Nie może pochodzić z żadnej organizacji ludzi. Gdyż nie ma uniwersalnego przewodnika. Musisz działać w osobistym kodzie moralnym, w własnej jurysdykcji która będzie pomagała ci panować nad sobą, będzie zgodna z twoim sumieniem. Czy masz taką zasadę która powstrzymuje lub cię napędza?M47A4751yin_1024x1024

Jeśli nie, być może częściej popełnisz zło. Ci którzy to czynią nie są trudni do zrozumienia. Ich pomysły może i są złożone jak mistrzowski plan lub zwyczajny chaos ale wciąż, ich cel jest tak prosty jak dotarcie z punktu a do b. Wtedy ważą koszt który poniosą w porównaniu z tym co zdobędą by dowiedzieć się czy to im się opłaca. Dla niego potrafią patrzeć jak inni cierpią. Narzucony rodzaj zasad wtedy zagłusza sumienie jeśli je jeszcze mają. Człowiek dobry potrafi za to przyjąć razy, przetrzymać; będą go za to nienawidzić ale o to właśnie chodzi; może być wyrzutkiem. Może podjąć wybór którego inni się boją; właściwy wybór. Zawsze jest coś za coś.

Może się stać że powstrzymasz się od dobra. Czy to jest złe? Powiedzieć; to nie moje by o to walczyć. Może jest. Żadne uniwersalne prawo tego nie potwierdzi. Ale ludzie wtedy kiedy są przywarci do ściany pokazują kim naprawdę są i to co robią lub nie; definiuje ich. Także zdefiniuje ciebie. Może się okazać że przez to twój największy wróg pozna cię bardziej niż ktokolwiek inny. Ponieważ cię takiego zobaczył. Pokazałeś na wskroś co dotychczas znaczyłeś i jest to bez znaczenia z jakim symbolem religii się obnosisz.

Myślę że dobro lub zło zaczyna się w strachu. By bać się nadchodzących konsekwencji. Boisz się ich wiec czynisz zło, lub dobro tak by je ominąć. Nie liczy się to co robisz jeśli tylko ocalisz skórę. Ale czy człowieka podporządkowanego strachowi można nazwać dobrym? Nie sądzę. Wszyscy mężczyźni i kobiety którzy czynili dobro robili to z odwagi. Cierpieli ale wyszli ponad strach. I o to właśnie chodzi. Tak powstają ludzie których się pamięta i chwali; przez męstwo i straty poniesione w imieniu dobra.

Kiedy zło można nieraz łatwo wytłumaczyć, dobro w każdym człowieku nie jest takie proste. Łatwo się pomylić. Albo ono działa w twoim sercu lub nie. Ale tylko się o tym dowiesz kiedy zaczniesz tracić to na czym ci najbardziej zależy. Niektórzy wtedy wybierają złość i zemstę, a jeszcze inni dobro i sprawiedliwość. Niektórzy myślą że świat im jest coś winien a następni  poświecili się dla lepszego jutra. To ci drudzy tworzą swój własny kod moralny. Obojętnie co się nie stanie nigdy nie pozwolę na to lub na tamto; na przykład. Może nawet nigdy nie okłamiesz partnera lub kogokolwiek. Przez doświadczenia przekuwają się w silniejszych.

Ale wtedy przyjdzie taki czas kiedy “prawda nie wystarcza, bo czasami ludzie zasługują na coś więcej; zasługują na nagrodę za swoją wiarę”. Właśnie dlatego nie możesz dać się ograniczyć doktrynie kogoś innego na temat tego co jest dobrem a złem. Jeśli masz odwagę nie pozwolisz na to. Jeśli masz odwagę stań przed samym sobą, zdecyduj o tym co chcesz by cię definiowało i wyjdź do świata by to oddać.

Dobro i zło

Szpilki Medialne

Stukanie po chodniku potrafi zwrócić uwagę każdego mężczyzny, dotąd dopóki to nie jest ktoś z młotkiem można się spodziewać pięknej kobiety w szpilkach. A no właśnie, ocena piękności w tym wypadku to powód do polemizowania bo wyobraźcie sobie większość kobiet na Quora uważa że szpilki nie każdej pasują.

Kiedy je nosi rzeczywiście staje się obrazem doskonałości; smuklejsza, zgrabniejsza, bardziej sexy :D. Niscy faceci  przy nich wtedy czują się jeszcze mniejsi a wysokie kobiety po prostu ich nie ubiorą. Wygląda na to że kobieta nie nosi swej garderoby bezcelowo jakby się wydawało panowie. Ktoś kto nie ma powodu by się podobać nigdy nie będzie nosić czegoś co zostawia przetarcia; jak się poświęcać to trzeba mieć po co a i może nawet dla kogo. To dobry znak 🙂high-heels

Ktoś kiedyś powiedział że kobiety bez szpilek są nikim, aż tak bardzo ich potrzebują by wyglądać atrakcyjnie; ale to wyrobiony w ludziach pogląd przez media promujące kształty nad którymi styliści siedzą godzinami po czym znowu ich poprawiają graficy komputerowi. Niestety dziewczyny kupują ten tani pomysł, a jak nie chcą to i tak muszą bo głupi męski ród kupi wszystko.

Ale to nie wszystko bo nie pomyśleliście że na obcasach na początku śmigaliśmy my. Tak, w poprzednich wiekach arystokraci, oficerowie i przeważnie kawalerzyści nosili buty na dość sporym podwyższeniu. Dzisiaj też znajdą się goście co nie odbiegają od tego stylu, ale czasy się zmieniły. Mimo wszystko wśród kobiet padła opinia że jeśli przewyższą swego mężczyznę na szpilkach sprawią że on wygląda bogatszo. Albo przynajmniej że stać takiego kulfona na tak świetną i zaje’ seksowną laske hehe.

I tak to się właśnie kręci. Wszystko po to by zapakować się w najlepszą wersje siebie i nie ważne czy mamy się komu podobać, kiedy jesteśmy pewniejsi czujemy się silniejsi, ważniejsi i bardziej wierzymy w swoje kompetencje; dzięki średniowiecznym twórcą pomysłów.

Szpilki Medialne

Mocne zdanie

Czyli jak łatwo jest kogoś zrobić w balona? Idziesz ulicą i nie zastanawiasz się nad tym co myślą mijający cię ludzie, czy na księżycu opala się ufoludek, albo co właśnie robi twoje bijące serce. Do momentu kiedy tracisz kogoś ukochanego, dom i przyjaciół albo dzieje się coś podobnego. Wtedy spotykasz kogoś kto wmawia ci że Jezus cię kocha, na księżycu od dawna organizuje się turnusy a twoje serce to niezidentyfikowany obiekt. Od teraz uważasz się za uświadomionego członka społeczeństwa.

Na świecie jest wielu ludzi co dali się wciągnąć w podobny absurd. Wszystko pod pretekstem wiary w coś lepszego w sytuacji gdy dramatyczne/trudne okoliczności temu sprzyjają. Ile razy słyszeliście że na zachodzie pieniądze rosną na drzewach? A ile ludzi dało się wciągnąć w straszne kłopoty bo uwierzyło oszustom wmawiającym takie bajki? Jak coś brzmi zbyt dobrze aby było prawdziwe to na pewno nie jest.

Kiedyś ludzie mieli mniejsze pojęcie o życiu za granicą bo słyszeli tylko wieści od rodziny i przyjaciół. Dziś mamy dostęp do globalnych informacji. I łatwiej jest się uchronić przed ludźmi co udają albo myślą że wiedzą więcej niż my. Przez to wielu oszustów skupia swoją uwagę na osobach niesamowicie naiwnych, albo będących w okolicznościach poddających je pod łatwiejszy wpływ.

Wtedy izolują swych “poddanych” od świata. Kim Dzong Un jest mistrzem. Dyktuje ludziom każdy ich ruch; rodzaj rozrywki, ubioru, wierzeń, literatury/książek, edukacji, towarzystwa i tak dalej pod groźbą utraty rodziny albo śmierci. Hitler przy tym rozpirzył połowę świata bo uznał że więcej niż jeden set wartości to za dużo. Stalin bez porównania wykosił całą inteligencje. Wszystko to w walce o zdobycie i utrzymanie kontroli nad ludzkim umysłem. “Rosja zawsze ma racje a Ameryka oczywiście nie”, albo, “wszyscy w koło to ci źli, ale tylko my nie”, lub jeszcze “tylko my wiemy najlepiej i koniec”.rocky-horror-cult-following

Ja wiem że osobiście nie jestem jakoś specjalnie asertywny i za bardzo zachowuje się jak typowy yesman, no ale niestety taki jestem i musze nad tym pracować. Po prostu jak wstaje rano to słyszę w wyobraźni głos podpowiadający; “Nic nie musze… jak zrobię tak będzie dobrze,” a potem się dziwie że wbrew swym przekonaniom mieszam wino z piwskiem. Ale co do tego mam już twarde postanowienie 😀

Ludzie uwikłani w taki system społeczny lub religijny tracą właściwą i osobistą ocenę sytuacji, zawsze przyjmując przedstawiony im rodzaj rzeczy za ten ostateczny i jedynie dobry. Przecież poza granicami Korei Północnej albo jakiejś sekty nie ma świata tylko zło i Armagedon. Dlatego wszelkie kontrowersyjne opinie i niezależne myśli automatycznie odrzucają z przekonania albo ze strachu przed utratą kontaktu z rodziną, uwiezieniem, a nawet śmiercią. Takie życie w końcu tworzy młodych niedorozwiniętych ludzi albo starych debili pozbawionych własnych osobowości.

Chodzi o to że w trudnych chwilach jesteśmy bardziej podatni na manipulacje innych i tylko świadomość o istnieniu takiego zagrożenia i twarde zdanie może nas uchronić. Normalnie mówie wam że są tacy ludzie co tylko knują jak odebrać nam nasze życie i zastąpić szablonem; twierdzą że mają najlepszą instrukcje do tego jak być szczęśliwym, gówno prawda.

Mocne zdanie

W zęby

Dobrze znamy ten rysujący się krajobraz. Wyglądasz przez okno i widzisz podejrzaną grupkę młodych jeboli w kapturach szwendających się po okolicy i w niewiadomym kierunku. Po zmroku gdy trzeba iść po fajki albo na spacer z jamnikiem to tym bardziej ciarki podnoszą wszystkie włosy na twarzy.

Osobiście mieszkam w antyspołecznej dzielnicy gdzie kosa w gardło regularnie jest w ruchu. Za nastolatka byłem nawet ofiarą ataku ale jak widać uszedłem z życiem. Doświadczenia te zbliżyły mnie do postanowień które zmieniły mój pogląd na świat przestępczy. Już nie myślę że mnie nie dotyczy, że można po prostu obok niego żyć i nic się nie stanie.

Ktoś kiedyś powiedział że przestępca nie jest skomplikowany. Zwykły śmieć zabijający dla pieniędzy. Niestety tak logiczne wytłumaczenie nie pasuje do znanych nam oszołomów do których nic nie dociera. Z niektórymi ludźmi nie da się rozumować, negocjować, przekupić, niektórzy po prostu uwielbiają patrzeć na cierpienie, na to jak twój świat płonie. Podobno tacy ludzie nie odczuwają emocji, takich jak współczucie, empatia, wyrzuty sumienia, i poczucia winy. Bardzo zimne zaburzenie umysłu. Co podpowiada że rozwiązanie tkwi w strefie biologicznej  i psychosomatycznej. Czyli po ludzku; w kapuście nazywanej mózgiem.

maxresdefault

Pewne komórki i obszary mózgu u przestępcy lub osoby antyspołecznej są anomalnie zniekształcone. To co odpowiada za uczucia i emocje jest w dużym stopniu pozbawione obecności, co chyli człowieka do niewytłumaczalnego zachowania. Tak czy inaczej, im mniej komórek w mózgu tym gorzej. Niestety operowanie czegoś czego nie ma, wykracza poza możliwości medyczne. Istnieją jednak sposoby wpływania na dzieci z tymi różnicami w mózgu i strefie neurogenezy poprzez odpowiednie wyżywienie i  edukacje w środowisku pozbawionym negatywnej presji. Na przykład popularna omega3 lub inaczej tran stymuluje komórki do powielania, a zdrowy wpływ rodziców i przyjaciół uczy właściwej oceny.

Mimo wszystko genetycznie niektóre przypadki są posunięte zbyt daleko by nawrócić przyszłe problemy wynikające z owych zaburzeń. Po prostu radzą się już skończonymi debilami; cieć miał być cieciem. Najgorsze jest to że osobiście nie mogę nic poradzić na problem mojego społeczeństwa. A wiec jak się bronić?

Najlepiej się wyprowadzić. Wybierać odpowiednio przyjaciół i nauczyć się samoobrony, bo od konkretnych umiejętności może kiedyś zależeć twoje życie.  I jeszcze jedno, może jak komuś przywalisz w zęby to mu się tam coś akurat przestawi we właściwą stronę.

W zęby

Życie pozaziemskie

Czasami chce mi się śmiać jak widzę tych wszystkich ćwierć inteligentów, którzy przychodzą do agencji po prace a potem pokazują, że nie wiedzą, z czego żyją, gdy zawalają z nieprawdopodobnie najgłupszych powodów albo taki jeden z drugim w formularzu w polu ‘Surname’: napisze “surname” jak ten ostatni ćmok.

A dalej to już tylko pretensje o to, dlaczego cały świat ich nienawidzi. To chyba nie jest zagadką; za bycie wodogłowiem w szczytowych momentach swojego życia, kiedy to wtedy szuka się wymówek w stylu; zjadłem za dużo czekolady, brzuch mnie boli, w pracy się ze mnie śmieją, umarła mi babcia na Słowacji albo zaraz odbiorą mi zasiłek na mieszkanie i musze iść za godzinne na spotkanie. Skoro ci się nie chce czegoś zrobić to się za to nie bierz i nie ściemniaj albo jak już się zobowiązałeś to czy nie uważasz, że chociaż warto włożyć siły by wywiązać się z umowy bez względu na widzimisię? Ja musze codziennie być w pracy i nikt mnie nie pyta czy mi się chce wstać z rana. Ludzie ja nie wiem, nie żyjecie na księżycu gdzie nikt się nikim nie przejmuje, bo nikogo tam nie ma! To, co robicie ma wpływ na innych koniec końców. Ale wygląda na to, że jednak są na ziemi istoty poza ziemskie.Skyrim_mody_05

Poznałem się ostatnio na takich, co to wszystkich maja gdzieś i wykorzystali moich znajomych i mnie osobiście by im pomoc przy różnych sprawach a potem pod pretekstem urlopu spierdzielili z kasą do Polski. Ale to nie wszystko; dzisiaj zamówiłem z kumplem jedzenie w restauracji tylko po to by po 15 minutach dowiedzieć się, że ten, kto brał zamówienie nas oblał ciepłym moczem. Myślałem, że rozwalę ten bufet, bo za pół godziny musiałem być znów w pracy! Co za gnoje.

Ktoś powie zaraz, że zgrywam mądrale a życie nie jest takie proste. Nie jest proste, ale też nie trzeba być geniuszem by sobie z nim poradzić. Mam teraz taką sytuacje, że umówiłem się z kolega, na wyjazd do Londynu na trzy dni i gość zarezerwował kwaterę. Ale okazało się, że akurat coś mi tydzień przed wyjazdem wypadło i nie mogę jechać. To nie zostawiłem człowieka na lodzie to jak jedziesz sam to weź zapłać, co mnie to obchodzi ja nie jadę. By być w porządku wobec niego i innych ludzi postanowiłem stracić, ale zachować twarz pokrywając koszty. To, że nie mogę jechać nie oznacza że ktoś z tego powodu ma cierpieć.

I to nie jest wiadomość dla wszystkich tych, co chowają się w gwiazdach by ich obrazić tylko ostrzeżenie dla ludzi myślących by nie być łatwo wiernym, kiedy mamy do czynienia ze starymi debilami albo młodymi niedorozwiniętymi ludźmi.

Życie pozaziemskie

Istnieje dołek

A właściwie głęboka dziura, która do złudzenia przypomina więzienie z filmu “Mroczny Rycerz Powstaje”. Wpadamy do niego w niespodziewanych momentach i nie możemy się wydostać. W pewnej terminologii taki dołek nazywany jest depresją. Swojego rodzaju obniżeniem terenu.

Trzy lata temu w święta Bożego Narodzenia miałem dwa tygodnie bezruchu, bezrobocia, bezmyślności i właśnie wtedy spotkała mnie przemożna i beznadziejna bezsilność. Do tego doszedł ból głowy i najczarniejsze urojenia na swój temat. To było straszne, bo od rana do rana nic mi się nie chciało nie mówiąc o tym jak wnerwiający i nieprzerywalny łomot o czaszkę pozbawiał mnie snu. Normalnie tak mnie wpierdzielała głowa jak bym przyklejony do poruszającego się pługa permanentnie harował czołem o bruk. Będąc daleko pogrążonym w rozpaczy nad swoim stanem przygnębienia po raz wtórny przebudziłem się tej samej nocy i właśnie wtedy o czwartej nad ranem trafił mnie szlak.

Wstałem na nogi i podszedłem do lustra. ‘O Boże’ pomyślałem, zgięło mnie w pół i wróciłem do łóżka. Czemu nie wstać i zająć się, czym pożytecznym przecież jest tyle możliwości? Nie dziwie się, że ludzie mówią o depresji tak źle, bo widzisz jak inni normalnie funkcjonują a ty nie możesz. Mówią też by w takich chwilach z kimś porozmawiać. Ale te małe światełko nadziei będące w innych ludziach, którzy mogliby pomóc jest powodem, dla którego depresja jest najgorszym piekłem na ziemi. Nie potrafiłem sobie odpowiedzieć, czemu nie chce się zwrócić do innych, po prostu na samą myśl mi się chciało wyć. A wystarczyło tylko zapytać kogoś, co robisz dziś po południu? Takie łatwe, takie proste.maxresdefault

Jak wspiąć się po tym stromym murze ku światłu? Jak przezwyciężyć w istocie bariery budujące się w naszej świadomości? Przecież w rzeczywistości jesteś super tylko mówisz sobie, że jest odwrotnie. Więc przestań, zignoruj ten wewnętrzny głos mówiący ci, że jesteś do niczego i zrób coś, co pobudzi twoją aktywność. Coś, co obudzi w tobie najmocniejszy impuls twego ducha i przeskoczysz te bariery. Krok po kroku, kawałek po kawałku aż wyjdziesz z depresji. Teraz jesteś w piekle, i możesz pozwolić by smutek kopał dalej cię po dupie albo wspiąć się ku światłu. Uwierz, że możesz a jeśli się potkniesz to pamiętaj o tym; każdy moment jest dobry by zacząć od nowa.

No więc upadłem na ziemie prosto na pysk. Wtedy doszło do mnie by otworzyć szeroko okno i zrobić tyle pompek ile dam rade. Poczułem jak gorąca krew uderza mi do głowy i od razu poczułem się lepiej. Od tamtej pory wiem, że wszelkiego rodzaju ruch i sport podnosi samopoczucie, poprawia zdrowie i pomaga na nowo uwierzyć w siebie. Dlatego działajcie ile możecie szczególnie w chwilach, kiedy czujecie, że wpadacie w dołek.

Istnieje dołek

Znak szczęścia

Niektórzy potrafią wygrywać naprawdę dobre pieniądze, a inni odrabiają się u bukmachera przez pół roku. Najbardziej uszczęśliwia mnie święty spokój i chwała wszystkim ciałom niebieskim za to, kiedy mogę spać bez dręczących boleści. To ten znak szczęścia, czyli brak poważnych zakłóceń i problemów.

Jeśli chodzi o moją świadomość istnienia to wygląda na to, że mam bardzo mało z cech dresa i powszechny pogląd, że klucze do BMW i blondynki na obcasach są celem życia nie trafia mi do serca. Ostatecznie jest to pogląd tak fikcyjny i mały jak okładka CKM’u albo tego Playboy’a którego dostałem na osiemnaste urodziny 😀 ale by nie być egocentrykiem przyznaje że na BMW mnie nie stać i na blondynkę też.

car-girl-bmw-luxurious-car-expensive-temptation-hot-girl-1366x768

Szczęście ma dużo wspólnego z tym na ile jesteśmy gotowi zmienić swoje samopoczucie z gorszego w lepszy i w jaki sposób, bo tak naprawdę w każdym człowieku dżemie ta wspaniała koniczynka. Na przykład poranny jogging naprawdę dobrze wpływa na moje samopoczucie, jeśli chodzi o resztę dnia. A godzinka wieczorem na dachu we wcieleniu Batmana odrywa od smutnych wspomnień i ładuje pantografy w mózgu.

Szczególnie te, które się ciągle psują i nie dają spokoju a konkretnie to, kiedy pożyczasz komuś dużo pieniędzy i później chodzisz z konta w kąt z przerwami na stykach. Człowiek niby zaufany powiem szczerze, ale hazardzista z korzeniami w Al Qaeda’ie z Sudanu. Wiec nie wiem czy ta spora sumka złotych to na konie czy na kilka dobrych kilogramów C4. Zmartwienie czy panicz odda zawsze jest, szczególnie, jeśli kiedyś w podstawówce pożyczyłeś dwa złote i tak ci oddawali, że do dziś wiszą jakieś 70 groszy.

Ale to było w ‘Grajdole’ i wtedy w ławie na stołówce nie podpisałem legalnej umowy. Więc papier jest, upaćkany spaghetti, ale jest. No i co, 13 lat i dwóch złoty jeszcze nie ma a ten mi sruu na drugi dzień połowę, że niby już nie potrzebuje! Bo mu koń wszedł, to się nazywa szczęście, co nie, ale nie będę chwalił słońca w połowie dnia, bo jak mówią, moneta ma dwie szpetne twarze. Dlatego nie mogę się doczekać wieczornego pilnowania dachówek.

Znak szczęścia

Grajdoł

Kiedyś to było tak; odkładanie pieniędzy nie było odkładaniem tylko zbieraniem. Już złotówka na chipsy była jakimś tam dochodem i trzeba było ją uznawać za krok do zbawienia. Tylko, przed czym? Młodemu człowiekowi, który wychowywał się w biednej rodzinie wciąż roi się szara strefa miedzy brakiem możliwości a “może się coś złego stanie”.

No i tak to pozostaje w wielu ludziach do późnej dorosłości. Nawet jak zarabiają 100 tysięcy rocznie wciąż skąpią sobie dosłownie wszystkiego. Żyją na ciastkach mlecznych i łyżeczce kawy. Choć na koncie leżą krocie wciąż drży w człowieku strach z dzieciństwa; ktoś przecież powie: No, ale w Polsce to normalne, jak się żyje w grajdole gdzie niby wszystko jest a nic nie ma.c4fc92867f24d55c92ad73a684f79d16

I weź przetłumacz takiemu, że tak było a nie jest. Ale co zrobisz jak się żyło w PRL-owskim grajdole gdzie się dzieciom na dzień dobry wmawia, ale ‘żeś jes Polak mały’. A ten Polak to stary dziad, >‘ale co jo bede płacił’< odrywający zasłony słoneczne w aucie by było lżejsze przy spalaniu paliwa.

Wszelkie próby przezwyciężenia tego w takim człowieku spotykają się z kąśliwym wężem ironii i sarkazmu; na zasadzie – wszyscy w koło to dupki i kretyni, ale tylko ja nie. Wtedy skąpiradło ma jeden wybór; zostać samemu ze swoją żydowską żyłą albo zrozumieć. No właśnie; po co my tak naprawdę zapieprzamy do tej roboty, przecież coś z tego gównianego życia trzeba mieć nie! Spotkaj się człowieku z rzeczywistością, którą żyją wielcy Polacy – choć też z grajdołu.

Grajdoł

Dyscyplina na jednej nodze

Właśnie budzisz się z głębokiego snu. Twoje zlepione otwierające się oczy są znakiem porannego wyklucia. I ten kreteński alarm dzwoni ci do tego przed twarzą. Rzucasz nim o ścianę i śpisz dalej. A tu nagle, godzina za minutę; dzong! Przecież umówiłeś się z psem, że rozpoczniecie jogging. No i znowu to samo.

To chyba nigdy się nie uda; stwierdzasz. Jak przezwyciężyć samego siebie by wreszcie wziąć się za swoje marzenia? Ostatnio odbyłem ze sobą prawdziwą walkę by to zrozumieć i uzyskać na tyle świadomości by podnieść swój leniwy tyłek z wyra. Ale lenistwo nie było moim jedynym wrogiem.weight-training-in-martial-arts (1)

Zadaj sobie pytanie; dlaczego? Tak, dlaczego masz, co rano robić sobie psychofizyczne harakiri? Moim celem jest zdobycie lepszej kondycji i polepszyć samopoczucie do pracy. A więc; postanowienie.

Czyli wyzywasz swoje jaja na pojedynek. Jeśli chodzi o mnie był to dopiero początek wielkich zmagań. Jak już miałem świadomie podjętą decyzje; to tu nagle sruu; zlazł mi odcisk. I wszystko poszło w pizdu: basen, ćwiczenia, treningi, deskorolka; i cały misterny plan też w pizdu! W pracy musiałem skakać na jednej nodze.

Tydzień później okazało się, że to nie wszystko. Dowiedziałem się, że randkowanie z córką mistrza MMA woła o prawdziwego pogromcę smoków. Podczas wrestlingu tak mnie sponiewierała; piąchą w ryja, kolanem poniżej pasa, poprzecierane mięśnie i na koniec uwaga; przy zejściu do parteru nadwyrężony staw w stopie i to tej samej gdzie był odcisk. Nie dziwne, że dyscyplina kojarzy się z japońskimi wojownikami, po prostu mają twarde krocze.

No i dupa. Siedzę w pracy znowu w jednym bucie i zastanawiam się, co jeszcze może się wydarzyć; przeżyłem już naciągnięty mięsień przed udowy, przeziębienie, nieprzespaną noc po libacji u znajomego i ciekawe, co jeszcze mnie czeka. O w pysk, prawie bym zapomniał; lekcje na prawo jazdy.

Dyscyplina na jednej nodze

Londyn i ja

5 Kwietnia Londyn 2015

Beniamin zostawił rower u mnie w domu i wyjechaliśmy z Leicester o szóstej rano po mojej nieprzespanej straży nocnej. Tak wiec dwie i pół godziny memlania kanapek zabrało nas do Londynu gdzie wysiedliśmy na syfiastej stacji autobusowej zwanej Victoria. Niedzielone toalety zrobiły ze mnie pośmiewisko, ale mniejsza z tym. Naszą wycieczkę zaczęliśmy od drogi wymierzonej do Natural History Museum. Przedzieraliśmy się przez gąszcz wszystkiego, co uważaliśmy za atrakcje. Były jednak rzeczy, które bardziej nas dziwiły niż tłumna ilość kościołów, były to bardzo drogie samochody. Normalnie za każdym rogiem stało kilka pojazdów Porsche, Aston Martin, Bentley albo Ferrari. Dzielnica nadzianego towarzystwa. W którymś momencie przestaliśmy liczyć i poszliśmy dalej.DSC_0019

Pod flagami państwowymi ambasad doszliśmy do klasztoru gdzie usłyszeliśmy księdza, co to po łacinie odprawiał msze. Podobno nie wolno robić zdjęć w kościele, ale niestety w samym wyjściu ugiąłem się pod presją wspaniałych fresków i dekoracji. Dochodząc do muzeum okazało się, że stanęliśmy w długiej kolejce do bocznego wejścia. Na wstępie ochrona sprawdziła zawartość naszych plecaków w poszukiwaniu narzędzi ostrych i ewentualnych lądunków wybuchowych. Stwierdzono, że moje chrupki i gliniaste kanapki Benka nie pasują do przepisu. Zwiedzanie muzeum zapowiedziało się niesamowicie. Przejechaliśmy ruchomymi schodami przez czerwoną kule jądra ziemi i wylądowaliśmy wśród wszelkiego rodzaju kamieni i innego prochu. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że nie znamy się na takich skorupach. Tak wiec po kilku fotkach z czajnikiem i kępą złomu poszliśmy szukać dalszych wrażeń. Obeszliśmy magazyn staroci na około i zobaczyliśmy, że istnieje dalsza część muzeum. Bardziej okazała i kusząca. To, co zobaczyliśmy później trochę nami wstrząsnęło. Wijąca się jak kilometrowy wąż kolejka do wejścia głównego. Wszyscy stali. I my też. Tylko do końca nie wiedzieliśmy, po co skoro, gdy już się tam dostaliśmy powiedzieli, że zanim pozwolą nam zobaczyć dinozaury musimy czekać w godzinnej kolejce. O wżesz w pysk. Zrezygnowawszy z dalszego bezsensu porobiliśmy kilka zdjęć z przypadkowymi włóczęgami w tle i wyszliśmy z budowli. Tam prawie się biglem z poręczy w przepaść jak Beniamin oślepił mnie fleszem.

Kolejnym celem okazał się Hyde Park oddalony o spory kawałek. Akurat wtedy angielska pogoda zaczęła kropić jak głupia. Mimo tego dotarliśmy do parku, w którym znaleźliśmy świetny background na zdjęcia. Albert Memorial Monument. Różne wielbłądy, bizony, i na każdym kroku napotykane kamienne postacie z gołymi piersiami nadawały prawdziwie egzotyczną atmosferę naszej eksploracji. Dlatego nie mogłem się powstrzymać i niczym Ezio Auditore wspiąłem się na pomnik by uwiecznić mój palec w nosie dziadka z Arabii Saudyjskiej – dzięki uprzejmości towarzysza Benka, który pomógł.DSC_0166

Kolejny kamień milowy naszej wycieczki Anglicy umiejscowili po drugiej stronie drogi. Royal Albert Hall, na cześć śmierci kochanka królowej. Aby się tam dostać musieliśmy obejść go od tyłu. Tam powitały nas skromnie ubrane kamienne postacie, ponad którymi stał sam książę Albert.  Byliśmy bardziej zainteresowani zdjęciami przy lampach spacernika. W końcu z chęcią zwiedzenia teatru weszliśmy do środka. Powiedziano nam, że, aby zobaczyć to miejsce od wewnątrz musimy zapłacić za przewodnika. Tak, to prawda. Nieopodal taki jeden zanudzał na śmierć grupę turystów, przy czym oni ziewali w niewiadomym kierunku. Przy odbyciu nieudanej próby przedarcia się na scenę od wejścia dla aktorów, szybko straciliśmy wenę i wróciliśmy na ulice.DSC_0198-EFFECTS

Tam dróżkami Kesington Park minęliśmy policjantkę na czarnym koniu, po czym podeszliśmy do łuku tryumfalnego Wellingtona. Obok niego na koniu stał sam dowódca dawnej Brytyjskiej armii w towarzyskie swych kompanów. Płuca Londynu oddychające dawna dumą, obesrane od góry do dołu przez gołębie. Przechodząc pod łukiem mijaliśmy pozostałości po kawalerii Kirasjerów. Następnie napotkaliśmy pomnik na pamięć poległych pilotów lotnictwa bombowego królewskich sił powietrznych, którzy zginęli w drugiej wojnie światowej za kraj. Wpadliśmy na plan by wejść na pomnik i pośród żołnierzy zrobić zdjęcie. Niestety jakieś małżeństwo siedzące z tyłu chyba od zawsze, stanowczo zabroniło. Nie dali się przekonać Benkowi, który uświadamiał, że to jednak świetny pomysł.

Kolejna atrakcja to Pałac Buckingham jej królewskiej mości Eli. Próbowaliśmy pukać do bram, ale na kołatanie odpowiedziała tylko gwardia. Szybkim krokiem zdecydowaliśmy się na fotografie z kaczkami w fontannie. Podeszliśmy do przejścia dla pieszych gdzie stał z nami normalny tłum turystów z każdego narodu, plemienia i języka. Wszyscy chyba przejęli mentalność licznych pomników, bo choć droga była wolna bractwo stało bez ruchu. Jak mądrzy Polacy z okolic Wąchocka niczym niezdziwieni wleźliśmy na ulice a za nami ocknięta reszta świata.DSC_0214

Robienie na wyjeździe to robienie zdjęć. Beniamin chciał wiec bym mu zrobił specyficzne uwiecznienie jak podtrzymuje pałac królowej. Przy żywej dyskusji jak zrobić zdjęcie wciąż padały wszelkie odmiany tego słowa; to be. W końcu zmęczony słuchaniem przechodzień naszego pochodzenia zakończył wymianę gramatyki ostatnim czasem; nie rob mu! I tak powstało zdjęcie.

Niedługo potem uderzyliśmy do muzeum starości. Albo bardziej staroci z ostatniej wojny. Odstraszeni ceną za wejście uciekliśmy w stronę parlamentu. Mijając drogie kamienice nareszcie ujrzałem wierze Big Ben na horyzoncie, czego w życiu nie mógł się dopatrzyć jego imiennik. W drodze minęliśmy kilka czerwonych autobusów, rowerzystów i pojazd Kaczora Donalda. Zaraz, ale co w Londynie robił Kaczor Donald? Ach nieważne, po kilku fotkach z zegarem Londynu w tle zorientowałem się, że na zdjęciach nie jestem sam. Ciągle ktoś właził mi w repertuar, jak nie stary dziadek z wichurą na głowie to jakiś pogięty dres. Razem z Beniaminem po chwili podeszliśmy do klasztoru opactwa Westminster gdzie powiało komuną. Nie udało się nam wejść dzięki niepowtarzalnie długim kolejkom. I właśnie wtedy zorientowaliśmy się, że bateria w aparacie prawie się wyczerpała. Polegając na selfikach robionych telefonem odbyliśmy drogę do London Eye. Tam na tle Parlamentu znów jakieś towarzystwo pakowało mi się w background. Beniamin nie mógł wiele zrobić po za tym by powiedzieć; „Ale se stanęli”. A potem okazało się, że to Polacy. Minęliśmy hotel Marriott i nieopodal oka usłyszeliśmy śpiew miejscowej gitarzystki, zobaczyliśmy wielkie mydlane bańki robione przez afrykańskiego hipisa i wygibasy klauna, w które został wciągnięty Beniamin.DSC_0321

Po spektaklu z jego udziałem udaliśmy się do hotelu w nadziei, że nas wpuszczą. Ale musiało tak być, że odczuliśmy głód. Nie było opcji na regionalny posiłek, bo kto by chciał kosztować znane wszystkim frytki z rybą. Tak wiec po kilku milach odbiliśmy w czterdziesto-minutową podróż do Pizza Hut. Przeszkodą było znalezienie tego miejsca. W końcu zapytaliśmy o drogę dwóch pracowników KFC, którzy korzystali z przerwy na fajkę. Wiedzieni uzyskaną wiedzą dostaliśmy się na piętro budynku przez tortury schodów niekończących się. Okazało się, że Pizza Hut to jakaś ściema nawigacji Google. Pozostało nam KFC. Po posiłku Beniek zabrał pozostałości kurczaka i po kolejnych straconych kaloriach wyszliśmy licznymi stopniami z gastronomicznej dziupli szybkiej obsługi. Ostatni odcinek morderczego marszu przebyliśmy z moim bólem głowy.

Normalnie myślałem, że nigdy tam nie dojdziemy. Thistle City Barbican Hotel z zewnątrz wyglądał jak poziomowy parking. Wewnątrz było jednak cudownie, przyjaźni ludzie ocucili nas gorącym przywitaniem i zapewnieniem, że wszystko jest jak należy. Nasz pokój był na ostatnim piętrze w osobnym budynku hotelu. Do tego elementu były dwa wejścia. Okazało się, że, gdy stanęliśmy przy jednych automatycznych drzwiach nic się nie stało. Dopiero przy drugich doszliśmy do tego, że trzeba przyłożyć klucz do czujnika. Tak blisko nich stanęliśmy, że prawie nas zabiły, gdy się otworzyły. Na szczęście była winda. Dostaliśmy się do środka. Przycisnąłem przycisk i czekamy. Czekamy. Beniamin powiedział, że chyba stoimy. Odrzuciliśmy myśl uwiezienia w dziadowskiej windzie i zaczęliśmy grzebać przy panelu kontrolnym. Okazało się, że mamy do czynienia z mission impossible przy tym czujniku, który nie odpowiadał. Ale w końcu się udało. Oparłem zmęczone plecy o lustro, które zaraz okazało się otwierającymi drzwiami, i dzięki nim prawie walnąłem o glebę.DSC_0440

Zostawiliśmy ekwipunek w pokoju, po czym poszliśmy zobaczyć basen, który niestety był w podziemiach. Myśleliśmy, że nas jasna krew zaleje na te schody! Okazało się, że ostatnie wejście na basen jest za godzinę. Ale Benek nie miał kąpielówek. Oczywiście były dostępne na sprzedaż w recepcji basenu, ale mój towarzysz nie mógł ich zaakceptować. Tu tu tu tu po schodach na górę i w drogę do Next’a. Po pół godziny drogi zorientowaliśmy się, że nie zdążymy tak wiec wróciliśmy do hotelu po aparat. Centrum Londynu to jak chodzenie po Leicester wzdłuż i wszerz. Trochę odpoczęliśmy i zmotywowani do walki przez Mateusza Grzesiaka ruszyliśmy po zdjęcia robione nocą. Czekało nas 1.6 mil do London Bridge. Po przejściu Golden Lane zgubiliśmy się na ścieżce przy Barbican Exhibition Hall. Nawigacja nic nie pomagała a my wiedzieni intuicją wreszcie doszliśmy do miejsca docelowego.

Na moście zrobiliśmy zdjęcia i udaliśmy się drogą pod Shard do słynnego Tower of London. Tam minęliśmy ludzi sprzedających cieple orzeszki pachnące kakałem i dzięki pomocy dwóch dziewczyn wreszcie udało się na ostatnim wydechu baterii zrobić sobie zdjęcie razem. Beniamin myślał, że to polki i śmiało atakował je polszczyzna tymczasem, gdy one nic się nie odzywały. Opuściliśmy most i krętą drogą wracaliśmy do hotelu. Wykończeni z odciskami i bólem głowy ominęliśmy szerokim łukiem kapturowca z nożem w rękawie. Omijaliśmy zamknięte sklepy i otwierające się nocne kluby. Nieopodal hotelu udało się kupić jogurt, bułki z serem i Neurofen. Gdy odnaleźliśmy się na mapie wreszcie wróciliśmy na bezpieczny przystanek.DSC_0412

Po posiłku, kąpieli i w lóżkach chwyciłem za Biblie wydania Gedeonów i po angielsku czytaliśmy sobie przeżycia Hioba na pocieszenie.

Na drugi dzień otrzymaliśmy śniadanie bogów olimpijskich, przy którym rozważaliśmy to jak rzadko słyszeliśmy język angielski podczas naszej wycieczki. A także to jak to Polacy uwielbiają na wszystko zarzekać nawiązując do pracy Beniamina w hotelu. Na koniec śniadania usłyszeliśmy słowo dziękuje polskiej kelnerki, która najwyraźniej wzięła sobie treść naszych słów do serca. Na nic nie czekając udaliśmy się w drogę do Hyde Park, aby raz jeszcze go zobaczyć. Po drodze jednak kupiliśmy pamiątki nie zapominając o magnesiku dla naszej kochanej Estery.

Ostatecznie nie mieliśmy zbyt dużo czasu na dalsze zwiedzanie wiec ostatni marsz odbyliśmy do stacji autobusowej, do której dostaliśmy się zupełnie innym wejściem niż wczoraj wyszliśmy. Przedzierać się przez tłumy pilnowaliśmy portfeli i kieszeni. Kupiliśmy piciu i dostaliśmy się na autobus do domu. Wycieczka była wspaniała. Nie do końca najlepiej zorganizowana, ale, dzięki czemu prawdziwie niezapomniana. Będąc pod wrażeniem tego, co zobaczyliśmy i przeżyliśmy rozważaliśmy cel naszej kolejnej podroży. I wcale nie mierzyliśmy nisko, bo lotem prosto do samego Rzymu.

Londyn i ja